Terapia Gestalt w Krakowie i warsztaty rozwoju osobistego -PraPełnia

Z MIŁOSCI DO SIEBIE, historie

z miłości do siebiez życia Małgosi ....

"To bardzo prosta sprawa. Było to kilka lat temu. Hm, w sumie to tak 6-7. Siedziałyśmy z moją przyjaciółką na ławeczce przy głównym placu w małym mieście gdzie mieszkałyśmy. Zupełnie nieoczekiwanie zaczęło padać. Wszyscy w popłochu uciekali, by gdzieś się schronić, a my podniosłyśmy się z ławki i postanowiłyśmy cieszyć się deszczem. Zdjęłyśmy buty i zaczęłyśmy biegać, skakać i tańczyć jak szalone. Szybko utworzyły się kałuże w których chlapałyśmy się dziko jak małe dzieci. Było to strasznie spontaniczne. Ludzie patrzyli na nas jak na opętane, ale kompletnie nas to nie obchodziło. Gdy przemoczona do suchej nitki wracałam do domu, śmiałam się tylko ze zdziwionych, a nawet zgorszonych min przechodniów. Byłam bardzo podekscytowana tym co przed chwilą zrobiłam. Tak naprawdę nie pomyślałam nigdy o tym jako o czymś, co zrobiłam z miłości do siebie. Ale od razu przyszło mi to do głowy gdy przeczytałam temat na jaki ma być historia, może właściwie bardziej dzięki temu, że było to właśnie "inaczej niż zwykle", wbrew etykiecie. Bardzo dawno nie myślałam o tym wydarzeniu i prawie, że o nim zapomniałam. Ale pisząc te kilka zdań znów wróciła do mnie ogromna radość i wolność jaką wówczas poczułam.

Teraz wiem, że było w tym mnóstwo miłości do siebie i miłości do życia. Bardzo dobrze było znów o tym pomyśleć. Jak tylko zrobi się troszkę cieplej, będę czekać na deszcz :) " /Małgosia/

 

z życia Marty...

"Ta historia nie wydarzyła się w ciągu jednego dnia, ta historia zaczęła się kilka tygodni temu i trwa nadal. Jestem chora. Moją chorobą jest idealny świat, który stworzyłam sobie w głowie. Moją chorobą jest obraz idealnej mnie, który starałam się usilnie wcielić w życie. Ktoś ważny powiedział mi kiedyś, że muszę zasłużyć na miłość a ja mu uwierzyłam. Zabiegając o akceptację innych zapomniałam o sobie. Jestem chora na brak miłości do siebie, a jednak.. jednak gdzieś tam w środku jest ziarenko miłości, które pewnego dnia zaczęło kiełkować…Bliskie mi osoby nalegały na to bym po raz drugi zdecydowała się na leczenie w szpitalu. Nie dopuszczałam do siebie myśli o hospitalizacji, gdyż to przeszkodziłoby mi w realizacji celów, które sobie postawiłam: „Muszę skończyć studia. Muszę zrobić tysiące rzeczy.” A zdrowie.. wydawało mi się, że poradzę sobie sama. Że nie jest tak źle jak inni mówią. Że potrzebuję jeszcze czasu. Udawałam silną, a wewnątrz mnie siedziała mała dziewczynka, która wołała o pomoc, o to by ktoś ją zauważył, by ktoś jej pomógł. Pewnego grudniowego dnia poddałam się. Przyznałam się, że jestem słaba i potrzebuję pomocy. Uwierzyłam, że nie jestem sama, że są osoby, które mogą pomóc znaleźć mi właściwą drogę. Nie wiem jak będzie wyglądał najbliższy czas, bardzo się boję. Być może będę musiała przerwać studia na jakiś czas. Być może stracę rok studiów, ale być może wygram życie. Być może wygram życie, w którym nie będę już musiała tworzyć sobie pancerza ochronnego i nie będę uciekać. Życie, w którym kochając siebie będę w mogła podzielić się tą miłością z innymi. Zrobiłam sobie prezent: odpuściłam sobie, dałam sobie czas i być może podarowałam sobie życie." /Marta/

 

z życia Emilii...

„Co zrobiłam z miłości do siebie - opisz swoją historię a weźmiesz udział w konkursie (…)” – w pierwszej chwili zabrzmiało dość banalnie. Dopiero po chwili zadumałam się nad tytułem….Według mnie – odpowiedz nie może być prosta i oczywista. Wszystko dlatego, że cokolwiek, co robię dla siebie, wymaga nieustannego balansu między życiodajną miłością do siebie, swojego ciała, swojej duszy, pełną akceptacją i miłością, a - walką ze sprytnym i przebiegłym EGO. Niedawno przeczytana lektura „Nowej Ziemi” Echhart’a Tolle mocno zastanowiła mnie nad tym, ile niepotrzebnej złości i frustracji wywołuje ludzkie ego. Jak się go wyzbyć, jednocześnie obdarowując siebie miłością? Co mi udał się osiągnąć, co było pełne miłości, i wolne od wspomnianego ego?

Moja pierwsza historia, gdzie zrobiłam coś niestandardowego, bardzo świadomie, właśnie z miłości do siebie wydarzyła się kilka lat temu. Byłam przestraszoną absolwentką swojej uczelni, świeżo upieczoną magistrantką. Strach wzbudzało zderzenie z rzeczywistością, gdzie końcowi dobiegła era bycia studentem – beztroskie życie , skupione głównie na towarzyskim udzielaniu się, pozbawione zupełnie trosk ludzi „dorosłych”. Rozpoczęte kilka miesięcy wcześniej poszukiwania pracy nie przynosiły efektów, a czas naglił…Rysowała się przede mną wizja bezrobotnego absolwenta, który jest kompletnie zagubiony w nowej, nie-szkolnej rzeczywistości. Wówczas, jeden z kolegów pomógł mi bardzo, umawiając mnie na spotkanie z człowiekiem, który szukał kogoś do pracy. Już za dwa dni – przerwałam pasmo „nic niezrobienia”, zostałam zatrudniona! Szczęście przepełniało me serce, radość niespotykana i wdzięczność koledze i losowi, za to, że wstaję codziennie do pracy, czuję , że żyję, że jestem potrzebna, że coś zaczęło się dziać….Stan euforii szybko się skończył. Minęło kilka miesięcy, i coś zaczęło się psuć. Wówczas nawet nie byłam w stanie dokładnie powiedzieć, co mi się nie podobało. Z zewnątrz przecież wszystko jest dobrze – rodzice nie muszą mi pomagać, wstaję rano do pracy, zasilam rzeszę podatników, mam kolegów i koleżanki z pracy, z którymi chodzimy na lunche razem, w samym śródmieściu, w towarzystwie ładnie ubranych, pachnących drogimi perfumami innych ludzi, w zasadzie – jesteśmy jednymi z nich! A jednak, coś było nie tak…Uświadomiłam sobie, że zupełnie się nie rozwijam, jestem trochę jak bezduszna maszyna – w cyklu poranno wieczornym, bez swojego zdania, bez osobowości. Zaczęłam zastanawiać się , po co były te ostatnie lata studiów, skoro zajmuję się czymś, co ni jak się ma do tematyki moich studiów? Z drugiej strony – gasiłam wewnętrzne „pożary”, bo przecież jest tak fajnie, bezpiecznie, powinnam czuć wdzięczność ludziom za to, że mi pomogli, że pracuję (a nie jak co niektórzy znajomi – wciąż szukają pracy). Moja walka trwała kilka miesięcy, aż w końcu coś pękło we mnie, rosnąca frustracja nie dała za wygraną. Obudziło się świadome pragnienie i odwaga – by zrobić coś z miłości dla siebie. Dla mnie w tamtym momencie – oznaczało to decyzję o podjęciu ryzyka i zmianie pracy. Z perspektywy oceniam ten krok jako bardzo dobrą decyzję. To był tak naprawdę krok w świadomą dojrzałość, krok w świat, w jakim chcę żyć i …rozwijać się po to, by móc robić kolejne kroki na przód."/Emilia/


z życia Agaty...

"Dziękuje Sobie, że stwarzam przestrzeń, w której mogę się zmieniać i rozwijać. Dziękuję, że bywałam dla Siebie zarówno przyjacielem jak i wrogiem, że byłam dobra i zła... przez to wszystko tworzę kontekst mojej przemiany. Dzięki temu mogę stawać się świadoma. Jestem Sobie wdzięczna za to, że pomagałam i za to, że stwarzałam przeszkody i za to, że czasem byłam obojętna... Z Miłości do Siebie,A. :)

Kiedyż to ja ostatnio brałam udział w jakimś konkursie...???...??? Nie licząc wczorajszego incydentu spod osiedlowego sklepu, kiedy Pan Kazek przebywający wraz z kolegami w ”Stanie Wyższego Ja” powiedział, że ”iyestem iyego miss”, to było to chyba w 6-tej klasie na Dzień Wiosny. Naprawdę kawał czasu! A potem? Co się działo...?
Dlaczego wszystkie moje rymowanki, wierszyki, wycinanki, serwetki, wysokiej klasy popisy wokalne,taneczne ;) i mokre podkoszulki nie docierały nawet na powierzchnie mojej szuflady, nie mówiąc już o zielonym filcu jurorskiego stołu? " A co jeśli nie wygram...?”, ”Będzie mi wstyd...”, ”Ktoś pomyśli, że to głupie i będzie się śmiał...”, ”I tak nie mam szans...”, ”Nie chce mi się...”, ”Będą lepsi i bardziej kreatywni...”, ”Nie mogę się narażać”, ”Będą mnie oceniać”, ”Okażę się nieidealna!”...ble...ble...ble... , ble...ble...ble. Lata życia w nieświadomości, tysiące uników i kroków w tył, setki decybeli krzyków......... hektolitry potu i łez, miesiące rozmyślań, tygodnie trwania w asanach, godziny warsztatów, rozmów, beczki śmiechu i soli...... kilka kroków w przód,dobre myśli, promyk światła, przyjaciele, miłość, szczęście, jedna chwila....... co najlepszego moge zrobić właśnie w tej minucie??? Opowiadanie jest krótkie: ”Przybyłam, Napisałam,..... Wysyłam!!!” W tej minucie nie oceniam, w tej minucie łapię szansę na rozwój, w tej minucie przełamuje bariery, w tej minucie widzę, że to nie problem, w tej minucie wiem, że mogę, w tej minucie robię następny mały krok... z miłości do Siebie.  :)  " /Agata/